Strefa Historii

wtorek, 17 styczeń 2017 14:22

Z pamiętnika Jerzego Brendlera

W 25 numerze Głosu Świdnika z 1968 roku opublikowano zbiór przygód i przeżyć 14-krotnego motocyklowego mistrza Polski Jerzego Brendlera, w opracowaniu Mieczysława Kruka. Oto ciekawsze fragmenty z jego pamiętnika:

Potrójne salto w morze!
„Był rok 1938. Na jednym z ostrych treningów przed wyścigiem „O błękitną wstęgę Bałtyku” w Gdyni wydarzyła mi się niecodzienna przygoda. Sprawdzałem ostro na swoim wyścigowym „Zündappie KKS 500” trasę wyścigu, która biegła Wybrzeżem Kościuszkowskim, wbijała się w portowy basen, a na samym końcu miała dwukierunkowy nawrót o 180˚. Pędziłem co najmniej 100 km na godz., gdy nagle na wirażu urwał mi się gwint pręta tylnego i pękła linka przedniego hamulca. Uczułem w pewnym momencie, że jakaś wielka siła poderwała mnie w górę i rzuciła na bele słomy. Razem z motocyklem wywinąłem co najmniej potrójne salto i wpadłem w morze. Bez przesady co najmniej 10 m od brzegu. O pływaniu absolutnie nie mogło być mowy. Miałem przecież na sobie skórę, ciężkie buty, kask ochronny i okulary. Z pomocą pospieszyli mi natychmiast organizatorzy wyścigu i wyciągali przy pomocy liny na brzeg.
Na szczęście i maszynie nie stało się specjalnie nic złego. Nazajutrz wygrałem wyścig…
Innego rodzaju historia wydarzyła mi się w roku 1967, w Bydgoszczy. Miałem już nowy prototyp motocykla wyścigowego w klasie 250 ccm. Szybkość? Bagatelka? 160 km/godz. Po wygraniu swojej eliminacji postanowiłem spróbować szczęścia w wyższej klasie maszyn. Zapragnąłem zmierzyć się z zawodnikami jadącymi na MZ-kach i „Nortonach”. I o dziwo! Po starcie okazało się, że mój motocykl jest szybszy od innych. Po 11 okrążeniach wyścigu na ulicach Bydgoszczy miałem nad swymi rywalami 28 sekund przewagi. W tym szaleńczym wyścigu sekundował mi bardzo dzielnie mgr Mieczysław Ziemiński, który stojąc w umówionym przez nas miejscu na trasie pokazywał mi czas i ilość przejechanych okrążeń.
Na 12 okrążeniu nastąpił niespodziewanie defekt mego „ekspresu”. Dojeżdżając do stadionu Polonii uczułem nagle, że motocykl „złamał” mi się i wpadłem na drzewo. Pozbierawszy się z ziemi gorączkowo zacząłem szukać przyczyny defektu. Początkowo myślałem, że to guma lub że siadła mi ośka. Okazało się, że znacznie coś gorszego. Urwałem po prostu śrubę wahacza. Silnik maszyny pracował, ale motor stracił bardzo wiele na szybkości. Mimo tego, nie zrezygnowałem. Jadąc już teraz, jak to się zwykło mówić popularnie „na okrągło”, od jednego krawężnika do drugiego, zmuszony byłem w końcu skapitulować. Na 17 okrążeniu wyprzedził mnie dopiero Szmańda z Bydgoszczy i on jako pierwszy zameldował się na mecie. Hennek z Katowic nie dał mi rady. Byłem w tym wyścigu drugi…”

Czytany 551 razy