Dzień, którego nie zapomnimy

post
autor: sh data publikacji: 04 maja 2017 kategoria: 2013-2016 Archiwum SH

W niedzielę 13 grudnia 1981 roku, o godz. 6 rano, polskie radio i telewizja wyemitowały pamiętne przemówienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, rozpoczynające się od słów: „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom, ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać”. Jaruzelski informował również o ukonstytuowaniu się Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i wprowadzeniu, na mocy dekretu Rady Państwa, stanu wojennego na terenie całego kraju. Komunikat wstrząsnął Polską. Działania skierowane, między innymi przeciw Solidarności i opozycji politycznej, rozpoczęły się jednak jeszcze przed północą. W Świdniku również. Przypominamy, co o wydarzeniach tamtego grudnia, mówili bohaterowie świdnickiej Solidarności: Urszula Radek, Alfred Bondos i nieżyjący już Henryk Gontarz.

– W nocy obudziło nas łomotanie do drzwi. Spojrzałem na zegar, było 20 minut po pierwszej. Ktoś krzyczał: – Bondos otwieraj! Przez „judasza” zobaczyłem kilku mundurowych milicjantów i cywilów. Powiedziałem żonie, żeby jak najdłużej przetrzymywała ich przed drzwiami, a sam przez balkon zeskoczyłem na ziemię. Na szczęście blok nie był obstawiony – wspominał Alfred Bondos, który dzięki pomocy kierownika klubu „Iskra”, ukrył się właśnie w tamtym budynku. Stamtąd telefonował do zakładu i kolegów-związkowców. Kiedy telefon zamilkł, pisał na kartkach: „Solidarność aresztują”. Rozprowadzał je młody chłopak, który również przebywał w „Iskrze”.

Henryka Gontarza obudził sygnał telefonu. Męski głos, którego nie rozpoznał, kazał mu tworzyć nową Komisję Zakładową, bo wszyscy zostali aresztowani. O godz. 2.30, razem z Adamem Milanowskim, byli już w drodze do zakładu.

– Różne myśli cisnęły mi się wtedy do głowy – opowiadał Henryk Gontarz. – Może telefon to tylko głupi kawał? Ale przecież od pewnego czasu czuliśmy, że władze coś knują. W WSK, aby nie budzić podejrzeń strażnika, odbiliśmy lipne karty godzin nadliczbowych. Dyżurującemu dyspozytorowi oświadczyliśmy, że od tej chwili będzie tu tymczasowa siedziba Komitetu Strajkowego. Powoli zaczęły napływać wiadomości o nocnych aresztowaniach. Bezpieka zabrała Antka Grzegorczyka, Zbigniewa Puczka, Zofię Bartkiewicz. Alfredowi Bondosowi i Andrzejowi Sokołowskiego udało się uciec. Wysłaliśmy samochód do dyrektora WSK Jana Czogały oraz gońca do księdza Jana Hryniewicza, aby ogłosił podczas mszy, że wszyscy mężczyźni proszeni są o przybycie do zakładu.

– 12 grudnia Komisja Zakładowa dostała sygnały z Regionu, że coś zaczyna się dziać – mówiła Urszula Radek, której zadaniem było powiadomienie członków komisji, by przyszli do zakładu. – Po godz. 19.00, ponieważ nie było dodatkowych informacji, wszyscy rozeszli się do domów. Niepokój jednak pozostał. Późnym wieczorem przyszli do mnie Leszek Świderski i Bronek Sołek. Zdezorientowani i zdenerwowani aresztowaniami kolegów, postanowiliśmy przeczekać do rana. Przyniosłam alkohol, karty, aby w razie nalotu SB pozorować spotkanie. W nocy zadzwoniła jakaś kobieta i przekazała informację od Fredka Bondosa, by wszyscy pracownicy stawili się w zakładzie. Próbowaliśmy dodzwonić się do Zarządu Regionu, ale telefony były już nieczynne. Rano włączyłam telewizor i usłyszałam komunikat, że Jaruzelski napadł na Polskę.

W WSK, od rana, trwały przygotowania do obrony. Zakładowy radiowęzeł był gotowy do nadawania komunikatów. Audycjami zajął się Alfred Bondos, którego z „Iskry”, dla zmylenia SB, przetransportowano karetką pogotowia. O godz. 8.00 zwołano wiec w hali nr 1 i ogłoszono powstanie Tymczasowego Komitetu Strajkowego, na czele którego stanął Stanisław Pietruszewski. Zapadła decyzja o strajku okupacyjnym. Przybyli Andrzej Sokołowski i dyrektor Jan Czogała. Pracownicy zabarykadowali bramy zakładu, czym tylko się dało: wózkami akumulatorowymi, podnośnikami, wózkami widłowymi i autobusami. Kilka godzin później, nad WSK, pojawiły się wojskowe śmigłowce. Na płycie lotniska stanął oddział wojska. Dowodzący, pułkownik Grzegorczyk, komisarz wojskowy wytwórni, poinformował o decyzji militaryzacji WSK i otrzymanym rozkazie „zabezpieczenia” zakładu. Henryk Gontarz, który poszedł zobaczyć, co się dzieje, zwrócił się do żołnierzy: „- Komu służycie? Dzieci dzisiejszej nocy zostały wystraszone wyłamywaniem drzwi i atakami na spokojnych obywateli”. Później wspominał: „Widziałem, że mają łzy w oczach. Czuli, że pchnięto ich do brudnej roboty”.

W WSK zwołano kolejne zebranie. Uczestniczyli w nim, między innymi, Norbert Wojciechowski, który został przewodniczącym Regionalnego Komitetu Strajkowego, Barbara Haczewska, Anna Pol, przedstawiciele dużych przedsiębiorstw, między innymi FSC, LZNS, Agrometu. Przygotowano pierwsze numery biuletynu strajkowego.

Rano, 14 grudnia, rozpoczął się wiec przed biurowcem. Andrzej Sokołowski odczytał postulaty, których spełnienie pozwoliłoby zakończyć strajk, między innymi uwolnienie aresztowanych, zniesienie stanu wojennego, ukaranie winnych jego wprowadzenia. Szukano również kryjówek dla członków RKS, załatwiano im lewe dokumenty i przepustki. Odbyły się kolejne rozmowy z pułkownikiem Grzegorczykiem, który żądał, by załoga natychmiast opuściła zakład. O godz. 15.00 wyszła część kobiet. Niektóre, na przykład Urszula Radek, stały się łączniczkami między WSK a miastem, przekazywały informacje rodzinom, roznosiły listy. W nocy Alfred Bondos ogłosił alarm dla załogi: – „Uwaga, uwaga! Do zakładu zbliża się kolumna czołgów i pojazdów opancerzonych”. Odgłosy pojedynczych strzałów wywołały niepokój u mieszkańców miasta. Bali się o bliskich, znajdujących się na terenie WSK.

Następnego dnia odbyło się spotkanie Komitetu Strajkowego z komisarzem Grzegorczykiem, prokuratorem wojskowym, wojewodą lubelskim Stępniem i naczelnikiem miasta Stanisławem Kucharukiem. Rozmowy nie przyniosły żadnych rezultatów, a Komitet podtrzymał postawione wcześniej postulaty. W nocy, tuż po godz. 1.00, rozległy się wystrzały z karabinów maszynowych i huk czołgów, taranujących płoty. Rozpoczął się atak. Najpotężniejszy przypuszczono na płot przy budynku technicznym. Zomowcy użyli puszek z gazem i petard. Między halami nr 1 i 2 stał tłum ludzi, ostrzeliwany pociskami gazowymi i dymnymi. Od strony biurowca nacierały rozwścieczone oddziały ZOMO. Bili bez litości. Pierwsi pracownicy opuścili spacyfikowany zakład ok. godz. 4.00 nad ranem. Na bramie stali ubrani po cywilnemu esbecy, którzy wyławiali „prowodyrów” strajku. Część strajkujących wywieziono do Lublina na przesłuchania, prowadzone przez milicję i prokuraturę.

– Nigdy nie zapomnę ostatniego wieczoru strajku, kiedy władza postanowiła rozpędzić go siłą – wspominał Alfred Bondos, który kilka miesięcy po pacyfikacji zakładu spędził ukryty w magazynku acetylenowni, później zaś ukrywał się na wsi niedaleko Łęcznej i w Lublinie. – Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później musi to nastąpić. Niektórzy chcieli walczyć. Podjęliśmy jednak decyzję, że zastosujemy tylko opór bierny. Są tacy, którzy do tej pory mają do nas o to pretensje. Ja jednak nie miałbym dzisiaj odwagi spojrzeć w oczy wdów i sierot, a ofiar zbrojnego starcia mogły być setki. Z perspektywy czasu uważam, że nasza decyzja była słuszna. Scementowaliśmy całą społeczność miasta, która aż do upadku komunistycznego systemu była dla Polski symbolem wolności. Echa wydarzeń sprzed ćwierć wieku tkwią w niej do dzisiaj, tworząc to, co nazywamy tożsamością. Jestem przekonany, że cztery grudniowe dni oraz późniejsza walka podziemna zrobiły dla budowy tej tożsamości więcej niż całe dziesięciolecia.

Urszula Radek, z grudnia 1981 roku, zapamiętała też wspaniałą postawę świdniczan, życzliwość i pomoc, jakiej wszyscy sobie udzielali:

– To było bardzo ważne dla tych, którzy osobiście doświadczyli gehenny tamtych dni, pomogło przetrwać więzienia, prześladowania i upokorzenia, jakich doświadczyli.

opr. Agnieszka Wójcik
fot. Sławomir Smyk

Źródło: Głos Świdnika, Swidnik.pl