Miłość do techniki mam we krwi

post
autor: sh data publikacji: 25 kwietnia 2017 kategoria: 2013-2016 Archiwum SH

Krzysztofa Komendę wielu kojarzy z klubem FKS Avia, gdzie startował jako zawodnik rajdowy oraz jako konstruktora motolotni czy poduszkowca. Niewielu jednak wie, że zanim powstały pierwsze duże pojazdy, uczył się fachu pod okiem ojca, a później Zbigniewa Piaseckiego, instruktora modelarstwa i pracownika WSK. Razem z Krzysztofem przenieśliśmy się w przeszłość, by dowiedzieć się jak rozwijała się jego największa pasja – konstruowanie.

– Cofnijmy się do czasów Pańskiego dzieciństwa. W którym momencie pojawiła się miłość do techniki?

– Odziedziczyłem ją po ojcu, który miał wiele zainteresowań. Był myśliwym, rzemieślnikiem, kowalem, kolejarzem, stolarzem oraz konstruktorem. Mieszkaliśmy razem z dziadkiem, we Franciszkowie. Nie było instalacji elektrycznej, tylko nafta, dlatego ludzie musieli wykazywać się innowacyjnością, wykorzystując to, do czego mieli dostęp. Tata zbudował własną maszynę do młócenia i prosty młyn napędzany siłą konia. Chcąc nie chcąc, angażował mnie w konstruowanie różnych maszyn. Przyglądałem się temu co robił i po latach poszedłem w jego ślady. Po wojnie nieopodal naszego domu, za lasem stały ruiny Szkoły Pilotów LOPP. Ludzie często tam chodzili i co mogli, zabierali. Raz poszedłem tam z ojcem i starszym bratem. Znaleźliśmy silniki niemieckich samolotów. Ułożyliśmy je na małym wózku i zabraliśmy do domu. Ale radzieccy żołnierze, którzy pilnowali tych okolic, wszystko zabrali. Ojcu się wtedy za to dostało i przez jakiś czas żołnierze przychodzili do nas sprawdzić czy nie mamy nic nowego.

– Swoje umiejętności doskonalił Pan także podczas zajęć modelarskich.

– Będąc uczniem szkoły podstawowej, zapisałem się na warsztaty do modelarni, które odbywały się na osiedlu, przy stacji kolejowej. Później przeniesiono je do budynku aeroklubu (tu, gdzie obecnie znajduje się straż pożarna), a następnie na ulicę Kolejową, za klubem Iskra. Instruktorami modelarstwa byli pracownicy fabryki, między innymi Zbigniew Piasecki, pracownik oddziału prób w locie, współzałożyciel i pierwszy kierownik aeroklubu. Miał świetny kontakt z młodzieżą i budował przepiękne modele. Poznałem silniki modelarskie o różnej pojemności, samozapłonowe i napędzane eterem, nauczyłem się zasad wymiarowania i wytrzymałości. Praca pod okiem dobrego instruktora i doświadczenie, którego nabywałem doprowadziły do tego, że z czasem zacząłem myśleć o dużych obiektach. Wraz z kolegami zbudowaliśmy różne modele latające i poduszkowe.

– W międzyczasie Pańskie modele doceniono w stolicy.

– W latach sześćdziesiątych zbudowałem pierwszy model poduszkowca, który zaprezentowałem w Pałacu Kultury i Nauki, na konkursie Mistrzowie Jutra. Był napędzany silnikiem spalinowym o pojemności 2,5 cm3. Kupiło go ode mnie Muzeum Techniki i do dziś można go tam oglądać. Później, w 1974 oraz 2004 roku, pracowałem też nad budową dwóch dużych poduszkowców. Natomiast w latach 1959 – 1963 współpracowałem z inżynierem Stanisławem Bienią przy budowie mięśniolotu.

– Wśród wielu Pańskich konstrukcji nie brakuje też nietypowych, jak na przykład sanie na śmigło. Skąd pomysł na tak niezwykły pojazd?

– To bardzo stara koncepcja. Pamiętam, że w szkole podstawowej dostaliśmy zadanie zrobienia pojazdu napędzanego śmigłem. Trzeba było wyciąć kółka, skleić konstrukcję, wbić gwoździki, zrobić śmigło. To właśnie na tym projekcie oparłem się budując sanie. Użyłem do nich powojennego silnika z motocykla taty. Zmodyfikowałem wał, dorobiłem śmigło. Efekt był zaskakujący. Na samym początku sanie jeździły na dwóch nartach z trzecią przednią sterowaną, które jednak nie wytrzymały obciążenia związanego z prędkością. W warunkach oblodzonego śniegu osiągały 50, 60 km/h. Zdjęcia tej konstrukcji znalazły się w magazynie Skrzydlata Polska. Później wykonałem drugą wersję sań z mocniejszym silnikiem i gondolą, w której można było schronić się przed zimnem. Podczas prób na Zalewie Zemborzyckim sanie osiągały prędkość 70 km/h. Co ciekawsze, największe prędkości uzyskiwała na nich moja żona.

– Modele to nie jedyna Pańska pasja. Kiedy zainteresował się Pan jednośladami i lataniem?

– Moja pasja do motocykli rozwijała się w międzyczasie. Nauczyłem się jeździć, będąc w czwartej albo piątej klasie szkoły podstawowej, na motocyklu o pojemności silnika 300 cm3 produkcji radzieckiej i belgijską skrzynią biegów. Natomiast chęć spróbowania sił w lotnictwie była naturalną konsekwencją modelarstwa i tego, że spędzałem dużo czasu w aeroklubie. Ryszard Kasperek zabrał mnie któregoś dnia na przelot, na lotnisko Mokre w Zamościu. Suma tych doświadczeń dała mi inne spojrzenie. Kiedy poszedłem do wojska, wiedziałem czym będę się zajmował. Byłem mechanikiem lotniczym, a w międzyczasie jeździłem motocyklem jako zawodnik klubu Orlęta Dęblin. Bezpośrednio po wojsku wróciłem do Świdnika, gdzie pracowałem w dziale przygotowującym śmigłowce Mi-2 do lotu. Później przeniosłem się do działu doświadczalnego, do sekcji prób trakcyjnych, gdzie próbowano prototypy motocykli. Byłem też zawodnikiem rajdowym klubu FKS Avia.

– Czy w trakcie pracy w fabryce powstały nowe, autorskie projekty i konstrukcje?

– Powstało wiele projektów. Większość trafiła do szuflady. Fabryka skupiała się bowiem na wykonywaniu planu, a nie wprowadzaniu zmian i nowych produktów. W ten sposób przepadło wiele nowatorskich rozwiązań. Wraz z kolegą chcieliśmy wykonać silnik w układzie boxer, ale z układem korbowodowym, który mieściłby się na zewnątrz, a części wahliwe znalazłyby się w korpusie. Nawet zgłaszałem tę konstrukcję jako wniosek racjonalizatorski do Warszawy, ale bez sukcesu. Do innych pomysłów, które w tamtym czasie powstały wróciłem dopiero po latach. Tak było w przypadku motocykla WSK 350 cm3, z silnikiem dwucylindrowym w układzie piętrowym, który można obejrzeć w Strefie Historii.

– Dziś aktywnie współpracuje Pan ze świdnickim muzeum oraz portem lotniczym, opowiadając o historii miasta i jego tradycjach.

– To, że zająłem się oprowadzaniem wycieczek jest wynikiem przypadku. Któregoś dnia dowiedziałem się, że samolot P.11c, który stał na postumencie przed fabryką, został usunięty i uszkodzony. Razem z kolegami z aeroklubu udało nam się uratować go przed całkowitym zniszczeniem. Musieliśmy go jednak trochę przebudować. Obecnie można go zobaczyć w terminalu świdnickiego lotniska. Gdy samolot został zaprezentowany w PLL, ludzie zaczęli o niego pytać. Rzecznik portu, słysząc jak opowiadam o lotnictwie zaproponował, żebym oprowadzał wycieczki po lotnisku i dzielił się swoją wiedzą. I tak się stało. O motocyklach, lotnictwie i historii Świdnika opowiadam też w Strefie Historii (Galeria Venus, II p.), gdzie jestem w każdą niedzielę, w godzinach 10:00 – 18:00.

Rozmawiała Agata Flisiak

Źródło: Magazyn Świdnik – wysokich lotów